Jak wygląda prawdziwe życie na Kubie? Lifestyle

Niespodziewanie Kuba stała się moim drugim domem. W dzień, w niekończących się kolejkach po wszystko, tracę cierpliwość. W nocy, ze szklanką mojito i w salsie, zapominam o tym co złe. Trudne życie pełne absurdów, które skrzętnie chowane jest przed turystami, to właśnie prawdziwa Kuba.

Więcej o Kubie czytaj na HolaCuba.pl

Stoimy w kuchni nad jedynym dostępnym palnikiem. W garnku odgrzewa się czerwona fasola, a ja opowiadam jak działa indukcja. – Płyta wie kiedy ma ogrzewać garnek, a jeśli jej dotkniesz jest zimna. Rolando i Odalys, jego mama, słuchają z szeroko otwartymi oczami. Bo w kubańskiej kuchni brzmi to jak film science fiction. Kilka dni po moim przylocie idziemy na zakupy, by uzupełnić lodówkę. W głowie mam długą listę. Chcę kupić arbuza, ananasy, dynię, paprykę, pomidory, ogórki, banany maduro – do smażenia – i banany verde (zielone) – odpowiednie do gotowania. Nic wielkiego. Nie jem mięsa, więc owoce i warzywa dominują. W sklepie są arbuzy i słodkie ziemniaki. Nic więcej. Powoli zaczynam rozumieć co znaczy często powtarzane ‚Es Cuba’ w kubańskich ustach. Mieszkam tu, więc walka o każde inne jedzenie niż ryż i fasola jest wpisana w mój codzienny plan dnia. Nikt tu nie myśli o indukcji, ale za to o jedzeniu owszem. Każdy. Codziennie.

Kiedy w sklepie nic nie ma, albo kiedy nie ma sprzedawcy, bo je przez godzinę obiad, albo kiedy poczta jest zamknięta, bo nie działa komputer, zawsze słyszymy „Es Cuba”. Kubańczycy widzą inaczej ubranych turystów z drogą elektroniką i portfelem, który pozwala zjeść kolację w restauracji. Widzą swoich sąsiadów emigrujących do Stanów i Europy i widzą, że coś poszło nie tak. Socjalizm pozwala na siedzenie w bujanym fotelu przez wiele godzin dziennie, ale pragnienie, by zaznać choć trochę lepszego życia wychyla się z każdego domu.

Dwie Kuby na jednej wyspie

Sklep z arbuzami i ziemniakami to sklep państwowy. Jak większość sklepów, barów czy instytucji na Kubie. Nazywam te sklepy „mercados con nada”, czyli sklepy z niczym. Nikt tu nie myśli o obsłudze klienta czy urozmaiconym towarze. Kupujemy to co jest dostępne, a co najważniejsze, kupujemy za pesos. Bo Kuba to dwie waluty i dwa światy. Pesos cubanos to waluta państwowa. Pesos convertibles CUC (kuki), to waluta dla turystów. Za 1 CUC (równy 1 dolarowi) kupimy 24 pesos cubanos. Różnica jest ogromna. Taka sama jak między światem Kubańczyków, a światem, który Kuba oferuje turystom.

Obcokrajowcy mogą płacić w pesos tylko w wybranych miejscach. Najczęściej za owoce sprzedawane na ulicy. Ale kolorowe wózki to mercados particulares, czyli sklepiki prywatne i równie dobrze możemy rozliczyć się w CUC. Będąc turystą na Kubie, lepiej nie liczyć na to, że oszczędzimy. Czy w pesos czy w CUC zawsze zostaniemy odpowiednio policzeni. Aha, zazwyczaj w sklepie państwowym kasjerka zaokrągli nam cenę do góry, a kiedy zobaczy, że nie jesteśmy tacy naiwni, z uśmiechem na ustach powie, że po prostu nie ma wydać. Akurat.

Kubańczycy liczyć potrafią. Cała wyspa jest jednym wielkim układem opartym na prowizji. Turyści odwiedzający gorącą wyspę najczęściej zatrzymują się na nocleg w casas particulares, czyli prywatnych domach z odpowiednią licencją i pokojami dla gości. Pokoje zawsze mają klimatyzację i prywatną łazienkę. Świeże ręczniki i koktajl z egzotycznych owoców na powitanie. Gospodarze zaproponują nam zorganizowanie przejazdów, wycieczki po okolicy, pomoc lokalnych przewodników czy noclegi w kolejnych miejscowościach. Skontaktują się z kim trzeba i ani się obejrzymy, a już wszystko będzie załatwione. Z życzliwości? Niezupełnie. Słowo kluczowe to comision, czyli właśnie prowizja. Załóżmy, że przyjeżdżamy do Hawany. Na dworcu autobusowym czeka na nas grupa osób z propozycją noclegu. Wybieramy sympatyczną Kubankę i udajemy się w kierunku jej casy. Tyle, że na miejscu okazuje się, że to wcale nie jej dom. Jeśli za nocleg płacimy 25 CUC to 12 CUC dostanie ona (za każdą noc). Ale równie sympatyczni gospodarze proponują, że zorganizują nam nocleg w popularnym Trinidadzie. Dzwonią, rezerwują. Jeśli za nocleg tam zapłacimy 25 CUC, to ponownie 10 zostaje w domu w Hawanie jako prowizja. 10 CUC to stała stawka prowizji między innymi prowincjami. Turysta nic nie traci – koszty polecenia ponosi beneficjent. Bezpośrednie kontakty to rzadkość, bo zawsze znajdzie się jakiś pośrednik, który będzie nam chciał coś zorganizować. Jeśli Kubańczycy chcą zarabiać na turystach, to muszą trzymać się tej pajęczyny układów i kontaktów. Wychodzenie przed szereg nie jest mile widziane.

Podobnie wygląda kwestia budowania domu, remontowania mieszkania, kupna paliwa czy jedzenia. Każdy zna kogoś kto pracuje w odpowiedniej instytucji, by coś załatwić. Na przykład cement wydzielany w viviendzie – państwowym biurze odpowiedzialnym za materiały budowlane – a to makaron w państwowej restauracji sprzedawany na lewo przez pracowników. Jeśli znamy kierowcę autobusu szkolnego, to uda się załatwić tańsze paliwo i tak dalej. Moje pokolenie nie, ale wcześniejsze doskonale pamięta takie układy z dawnej Polski.

Kuba 2

Prawdziwa Kuba?

Jest środa. Dziś w domu Rolando i Odalys mamy turystów z Niemiec. Są bardzo zdziwieni kiedy dowiadują się, że jestem z Polski. – Naprawdę jesteś Polką? Na sto procent? I rodzice też? Bo wiesz… No nie wyglądasz jak Polka – zagadują zdziwieni przy kolacji. Chcieli zjeść kolację w domu – smaczniejsze i tańsze rozwiązanie niż restauracja – bo chcą zobaczyć jak jedzą Kubańczycy. Jaka jest prawdziwa Kuba. Tyle, że śniadania czy kolacje przygotowane dla turystów nie mają z Kubą nic wspólnego. Na śniadanie w casas particulares prawie zawsze dostaniemy to samo. Do picia smoothie ze świeżych owoców i kawa z mlekiem przygotowane w oddzielnych termosach. Gorące mleko to zawsze mleko w proszku, za to kubańska kawa jest absolutnie przepyszna. Do tego owoce, biały chleb (innego nie ma na Kubie) i obowiązkowo jajka. Najczęściej tortilla, czyli nasz omlet. Czasem na stole pojawią się też plasterki żółtego sera i wędlina. Dżem z gujawy i masło. Wszystko równo ułożone czeka na gości.

Kubańczyk na śniadanie zje pół tego samego chleba, ale nie pokrojony w kromki, tylko w postaci dużej bagietki lub bułkę. W środku jajko (omlet) usmażone na oleju. Cała reszta, która znalazła się na stole dla turystów czeka w lodówce i jest przeznaczona tylko dla turystów. Kubańczycy na co dzień nie jedzą masła, sera czy świeżych owoców. Są po prostu dla nich za drogie, ale do zarobków przejdziemy później.

Kolacja dla turystów to również stół idealny. Talerze i sztućce czekają. Goście zamawiają kurczaka lub rybę. Do tego na stole znajdzie się miska z fasolą, talerz ryżu, świeże warzywa, czasami smażone banany, a na koniec niespodzianka – deser z owoców lub flan. Co zje Kubańczyk? Ryż z fasolą i do tego czasami kawałki wieprzowiny z kością, ale przeważnie jajko. Czasem coś w rodzaju smażonych parówek czy hamonady – wędlina podobna do polskiej mortadeli. Świeże warzywa? Za drogie. Mięso? Za drogie. I podstawowa różnica – sposób jedzenia. Kubańczycy jedzą wszystko w jednym, głębokim talerzu, przeważnie łyżką i raczej nie przy stole tylko na bujanym krześle. Jako wegetarianka jestem dla nich prawdziwą ciekawostką. Jak można tak po prostu odmawiać sobie jedzenia najbardziej pożądanej żywności? Co ciekawe, w państwowych restauracjach do wyboru mamy tylko dania z mięsem. Ciekawe, bo o mięso trudno, ale o dania jarskie jeszcze trudniej.

Jedzenie na kartki i darmowe obiady?

W Polsce nie doświadczyłam sklepów z żywnością na kartki, więc nadrabiam na Kubie. Na każdy miesiąc dla jednej osoby przysługuje ryż (3,5 kilo), cukier (1 kilogram na 6 osób), fasola (1 kg na 6 osób), olej (250 ml na osobę), kawa (115 gram na osobę), sól (1 kg na rodzinę), jajka (5 sztuk na osobę na miesiąc), czasami hamonada, a czasami kurczak lub ryba. I jest jeszcze jedna rzecz, o której marzy niejeden Polak. Codziennie rano do drzwi puka jeden z sąsiadów i dostarcza bułki prosto z piekarni. Jedna bułka od państwa dla każdego domownika. Miesięczny koszt 2 CUC – za pieczywo i prowizję dla sąsiada łącznie. Czy to wystarczający przydział jedzenia na miesiąc? Oczywiście, że nie. Na resztę trzeba sobie zapracować.

Kubańczyk pracujący w instytucji państwowej zarabia 14 CUC miesięcznie (ok. 56 złotych) i, jak na opiekę państwa socjalnego przystało, drugie 14 CUC dostaje na obiady. Kiedyś obiady podawano w zakładach pracy, ale dziś państwo Fidela tnie koszty. Każdy Kubańczyk obowiązkowo przepracowuje dwa lub trzy lata w biurze administracji państwowej. Dodatkowo mężczyźni mają obowiązkowe dwa lata wojska. Większymi farciarzami są Ci, którzy zarabiają na turystach, czyli zarabiają w CUC.

Czy zarobione 14 CUC i miesięczny przydział jedzenia wystarcza na przyzwoite życie? Oczywiście, że nie. Nawet w państwie socjalnym. Emanuel ma 23 lata, pracuje w instytucji państwowej, ale późnym wieczorem lub bladym świtem handluje trudno dostępnym jedzeniem. I tak od drzwi do drzwi puka a to ze świeżą rybą, a to z 1,5-litrowymi butelkami jogurtu naturalnego. Rarytas dla całej rodziny. Kiedy taka butelka pojawi się w lodówce wszyscy dzielą się równo i każdy pilnuje swojej porcji. Nie wiadomo kiedy znów się pojawi. Jak mawiają Kubańczycy – na Kubie wszystko jest możliwe i nic nie jest pewne. Dla Emanuela to sposób na dorobienie do skromnej państwowej pensji. Kiedy wieczorem spotykamy się w Casa de la Musica – w każdym mieście jest taki państwowy przybytek z programem artystycznym co wieczór – Emanuel w śnieżnobiałej koszuli sączy rum. Dziś nie handluje, odpoczywa. – Jak będzie po angielsku „czy chcesz zatańczyć? – pyta mnie nieśmiało. Spodobała mu się jedna z turystek. Takich międzynarodowych par na Kubie nie brakuje, ale częściej za inną narodowością rozglądają się mężczyźni.

Wyzywająca i gorąca wyspa

Kubanki słyną ze swojej rozwiązłości. Uwielbiają obcisłe i wyzywające ubrania, dużo biżuterii i mocny makijaż. Są dominujące i temperamentne. Kiedy są w związku – formalnym lub nie – często mają kogoś na boku. Mężczyźni nie pozostają dłużni, a w rezultacie mamy społeczeństwo przesiąknięte rodzinami patchworkowymi. Rzadkością jest tradycyjny model rodziny. Na początku lawirujemy w tym labiryncie zdrad, romansów, rozwodów i przyrodnich sióstr, ale później każda kolejna historia wyjęta rodem z brazylijskiej telenoweli w ogóle nas nie dziwi.

Wszystkie moje krótkie spodenki podwinęłam do góry przynajmniej dwa razy. Były po prostu za długie jak na krótkie spodenki na Kubie. Kiedy dziś w Casa de la Musica widzę turystki w luźnych sukienkach to wiem, że dla Kubańczyków są to namioty. Tu wszystko jest bardzo krótkie i powinno podkreślać kształty. W latynoskim świecie w ciele nie ma nic do ukrywania. Brzuszek, boczki? Nie szkodzi. Wszystko ma być pokazane. Nikt tu nawet nie myśli o jakimś ukrywaniu mankamentów.

A ubrać się na Kubie nie jest łatwo. O ile w Hawanie wybór ubrań jest spory, to już w mniejszych miastach nie ma go wcale. Kubańczycy najczęściej kupują ubrania przywożone z Panamy lub Ekwadoru przez osoby, które mają wizy i paszporty. I znowu handel odbywa się w domach. Kilka dni temu Alejandro przywiózł z Ekwadoru niebieskie trampki. Cena 8 CUC. Rozeszły się w dwie godziny. Luksusem są też kosmetyki. Każda buteleczka czy słoik kremu zostawione przez turystów są na wagę złota. Większości nie stać też na papier toaletowy. Raz, że bywa trudno dostępny, dwa, jego cena jest nieadekwatna do zarobków.

Kuba 3

Drzwi szeroko otwarte

Na Kubie nie ma mowy o anonimowości, prywatności i tematach tabu. Nikt nie zapowiada swojej wizyty, a raczej wszyscy wędrują od drzwi do drzwi ze swoimi sprawami. W końcu zawsze jest coś do załatwienia i zawsze jest ktoś, kto pomoże to załatwić mniej oficjalną drogą. W domach siedzi się na tradycyjnych bujanych krzesłach. O ile średnio człowiek siedzi w swoim życiu 17 lat, to myślę, że średnia Kubańczyków spokojnie może wynosić 27 lat. Cisza nocna trwa od 24 do 8 rano i nikogo tutaj nie dziwią goście o 22 czy 23. Nie ma tradycji przyjmowania gości napojami, a co dopiero jedzeniem. Po prostu się siedzi i rozmawia o wszystkim i o niczym. Jedyny temat tabu to polityka. – Lepiej wiedzieć mniej i mówić mniej, bo ściany mają uszy – mawiają Kubańczycy. Dobrze wiedzą, że nie brakuje wśród nich agentów. Nie brakuje też interwencji policji, która krótko trzyma swoich obywateli.

– Na Kubie możesz nie mieć pracy przez pół roku i będziesz żyć spokojnie – mówi Daniel, kierowca taksówki. Nikt tu nie pozostaje obojętny na drugiego człowieka. Kiedy braknie ryżu zawsze można liczyć na sąsiada. Ale Daniel poznał Kanadyjkę, domyka swój drugi rozwód i – jak większość – chce wyjechać.

Kiedy babcia Rogelia była chora i okazało się, że po antybiotyk trzeba jechać do miasta obok, przez dom przewinęło się około trzydziestu osób. Wszyscy zatroskani i zainteresowani zdrowiem abueli (hiszp. babcia). Opiekę zdrowotną Kubańczycy mają zapewnioną, ale z lekami bywa trudno. Kiedy chciałam kupić coś na kaszel, po odstaniu w długiej kolejce w aptece państwowej (nie osobiście, bo obcokrajowcy tam kupować nie mogą), okazało się, że na kaszel nic nie ma. W drzwiach obok, w aptece dla turystów, bez żadnej kolejki i już osobiście kupiłam syrop za 5 CUC (ok. 22 złote). Kubańczyk szybciej znajdzie dziesięć domowych sposobów na gardło niż zapłaci tyle za lekarstwo.

Kiedy babcia jest zdrowa, cały dzień spędza w domu dla starszych osób. Za niewielką miesięczną opłatę ma zapewnione od poniedziałku do piątku towarzystwo rówieśników, opiekę i pięć posiłków. Babcie rozmawiają, dziadkowie grają w domino. Sielanka. Ale nie wszyscy spędzają starość w ten sposób. Jak ze wszystkim tutaj też potrzebne są odpowiednie kontakty, czyli dużo, dużo rozmów ze wszystkimi. – Jak można tak siedzieć cały dzień i bablać o niczym? – Pytam któregoś dnia poirytowana ciągłymi wizytami sąsiadów. – A siedzenie cały dzień przed komputerem jest lepsze? – Usłyszę w odpowiedzi.

Coche collectivo

Najsłynniejsi staruszkowie na Kubie to amerykańskie samochody. Te nieco młodsze i w dobrym stanie służą do turystycznych przejażdżek. Ale te leciwe i remontowane niezliczoną ilość razy, są eksploatowane jako coche colletcivo, czyli taksówki współdzielone z innymi. Między miastami taki samochód nie ruszy, póki nie będzie kompletu osób. W Hawanie jeżdżą po ustalonych trasach, a pasażerowie łapią taksówkę na ulicy i dosiadają się do innych. Prywatne przejazdy taksówką są popularne raczej tylko wśród turystów.

Jeszcze tańsze są autobusy – miejskie lub międzymiastowe Omnibusy. Ostatnio kiedy wracałam z Hawany i na dworcu wylegitymowałam się paszportem, by kupić bilet na Omnibus, zostałam odesłana z kwitkiem. Dla obcokrajowców są autobusy Viazul – jakieś 10 razy droższe – i nie ma dyskusji. I choć teoretycznie w takim autokarze nie powinniśmy spotkać Kubańczyków, to oczywiście, kiedy są wolne miejsca, znajdą się tam znajomi kierowcy. Nikt tu nie robi pustych przebiegów.

Droga do kapitalizmu

Kubańczycy są przedsiębiorczy. Nauczeni kombinować i żyć w kraju, w którym jest niewiele, dobrze wykorzystują drgnięcia kapitalizmu, które pojawiają się na wyspie. Ale odkąd mogą pracować na własny rachunek coraz więcej myślą o pieniądzach, a coraz mniej o relacjach. Czerpią pełnymi garściami z zachodniego stylu życia. W końcu od Miami dzieli ich niespełna 200 km oceanu.

W minionym roku Kubę odwiedziły rekordowe dwa miliony turystów i tendencja jest wzrostowa. Za każdym razem gdy tu przylatuję widzę nowe restauracje i atrakcje dla turystów. W barach i na ulicach słychać muzykę na żywo. Ale w domach też – wystarczy, że Kubańczyk usłyszy gorące rytmy i już podrywa się do salsy. Zmiany są widoczne z miesiąca na miesiąc, ale są powolne. Zupełnie jak czas na Kubie. Tutaj 10 minut może równie dobrze trwać godzinę czy dwie. Ale odkąd w miastach pojawiło się wifi Kubańczycy lepiej wiedzą ile trwa jedna godzina. Za każdą godzinę połączenia z internetem płacą bowiem 2 CUC. Żeby mieć internet, najpierw potrzebujemy kartę zdrapkę z loginem i hasłem. Miejsca z wifi rozpoznajemy po grupkach ze smartfonami zapatrzonymi w ekrany. Najczęściej są to parki i główne place w poszczególnych miastach. Ci, którzy mają komputery w domu oglądają filmy i seriale sprzedawane na USB, czyli tak zwane pakieciki dystrybuowane co tydzień. To taki internet bez internetu z materiałami ze Stanów. W Polsce mawiamy „Polak potrafi”. Kubańczycy myślą o sobie dokładnie tak samo.

Kuba 4

Nierealna utopia

Na autostradzie przecinającej Kubę z zachodu na wschód co jakiś czas pojawiają się billboardy z cytatami Fidela Castro. Jeden z nich, wychwalający socjalizm, brzmi „Lepszy świat jest możliwy”. Bo w gruncie rzeczy Fidel chciał dobrze. Chciał stworzyć utopię. Państwo bez podziałów – równość i sprawiedliwość dla wszystkich obywateli. Darmowa edukacja i służba zdrowia, praca na rzecz państwa dla wszystkich, państwowe sklepy i kartki na podstawowe produkty. W domach nie brakuje wody i prądu, a rachunki są niewysokie. Z głodu nikt nie umiera. Wszędzie jest czysto i bezpiecznie. Ludzie, nawet jeśli się bogacą, to nie mają za bardzo gdzie uprawiać konsumpcjonizmu. Czy można chcieć czegoś więcej? Można. Na przykład wolności. Tego nie zaznał żaden Kubańczyk, który nie wyjechał z wyspy z paszportem w ręku wartym 100 CUC, by jeszcze bardziej utrudnić emigrację.

Odbiór Kuby przez syty Zachód, ze sklepami wypchanymi rzeczami, których do niczego nie potrzebujemy, jest jednak zniekształcony. W gruncie rzeczy i wbrew pozorom Kuba myśli o ekologii i ekonomii. Jest jedynym państwem, który realizuje swoje cele w zakresie zrównoważonego ekologiczne rozwoju. Ma też najlepiej zachowane ekosystemy na Karaibach. Kiedy u nas kupujemy rzeczy z góry określoną datą przydatności, Kubańczycy nauczeni są wszystko szanować, a co się zepsuło, reperować.

– Jutro będzie nowy materac na łóżko – mówi Odalys, a ja, nie ukrywam, bardzo się na tę wiadomość ucieszyłam. Następnego dnia wcześnie rano słyszę – Barbara! Wstawaj! Potrzebujemy materac! Ani się obejrzałam, a za oknem, na starym łóżku, dwóch mężczyzn rozszarpywało mój materac, by na nowo ułożyć wypełnienie i zszyć. – Co, w Europie się wyrzuca i kupuje nowe? – pyta Rolando. – No tak – odpowiedziałam zdumiona widząc „nowy materac”. Naprawa – 25 CUC. Nowy? 300.

W sklepach, bankach i biurach za każdym razem gryzę się w język, by nie powiedzieć głośno „czy ktoś tu pracuje?!”. Ale wtedy myślę sobie – czy kapitalistyczny świat nadgodzin, wyścigu szczurów, chorych ambicji i ciągłego pędu do sukcesu jest w czymś lepszy? Może to właśnie Kuba opierająca się kapitalizmowi i korporacyjnemu zniewoleniu człowieka wybrała lepszą drogę ku przyszłości i społecznej sprawiedliwości? Fidel Castro powiedział przed sądem w mowie obronnej, że historia go rozgrzeszy. Odpowiedź na to pytanie też zna tylko historia, która dopiero przed nami.

ZOBACZ TAKŻE: WYPRAWY NA KUBĘ z #HolaCuba



NOCLEGI NA KUBIE – Viñales:

Zapraszam Was na Kubę. Przyjedźcie do Viñales i odwiedźcie nas i naszą rodzinę. Pokoje do wynajęcia poprzez Air BNB poniżej:

Wizyta w TVN24 i rozmowa o życiu na Kubie, kubańskiej gościnności i turystyce:

Spodobał Ci się artykuł? Udostępnij go w portalach społecznościowych 🙂
Share on Facebook393Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn0Pin on Pinterest0Share on Google+1Email this to someone

Komentarze

  1. Kurcze, dzięki za tekst. Świetnie piszesz 🙂

  2. Baśka, fantastyczny tekst! Mimo, iż złamałaś wszelkie trendy w pisaniu postów – za długo i bez nawału kolorowych zdjęć, wygrywasz w moim osobistym rankingu na najlepszy tekst czerwca w blogosferze… ekhem podróżniczej 🙂

  3. Tekst, który idealnie oddaje atmosferę na Kubie. Kuba to dwa równolegle światy 🙂 co ciekawe – niektórzy Kubańczycy, którzy mieli okazję być w Stanach, Kanadzie czy Europie twierdzą, że nie chcą naszego ‚zepsucia’ w swoim kraju…

  4. Ale jest to wszystko prawdziwe co piszesz! super ujete i napisane nie w formie informacji dla turysty, ale z dusza jak dobra proza. Kocham Kube I jestem od niej uzalezniona.
    pozdrawiam

  5. są kwestie, które mi się na Kubie podobają – właśnie te, o których na końcu piszesz. i operacje zmiany płci opłacane przez państwo też. to jest socjalizm na plus. niestety tam, gdzie socjalizm zamienia się w komunizm, robi się już bardzo przykro… pamiętam, jak oglądałam ‚dzienniki motocyklowe’ – kupowałam che guevare w 100%. ale potem wiadomo, jak to się skończyło…

  6. Genialny post! byłam na Kubie w czerwcu tego roku. Tak jak piszesz jest skromnie wydawćby sie mogło że biednie ale ludzie maja zapewnione podstawowe potrzeby. To kraj z najniższą śmiertelnościa noworodków, to kraj gdzie ludzie dożywaja 100, to kraj, w którym walczono z analfabetyzmem. Czy Fidel chciał dobrze? Myśle że tak. Co będzie dalej kiedy rzady rodziny Castro przejdą do historii? Oby Kuba nidy nie wyglądała jak zepsute i komercyjne USA.

  7. Agnieszka mówi: Listopad 26, 2016 at 8:58 am

    Fantastyczny tekst, super się czyta. Moje odczucia co do Kuby były mieszne. Dzięki Tobie wiem ,że jednak musi być pięknie i życie pomimo bidne to musi być szczęśliwe. Nikt nie biega , nikt nie goni. Nikt nie niszczy drugiego człowieka. I nie patrzy jak go wykiwac. Super. Myślę ,że kiedyś na pewno odwiedzę Kubę.
    Nie ukrywam ,że chciałbym już i to dzięki Tobie.
    Powodzenia i szczęścia życzę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *