Technologiczne nieposłuszeństwo blogera Komunikacja

Dostęp do internetu to władza komunikacji. To słowa, które mogą zmieniać rzeczywistość. Ale jak być dobrym blogerem? Co to w ogóle znaczy? I kiedy zaciera się granica między blogerem a dziennikarzem?

W Polsce wyjazdy na Kubę są teraz bardzo modne. To przecież ostatni dzwonek, jak mawiają wszyscy. Piękne samochody, rum, salsa, cygara… z tym powszechnie kojarzy się Kuba. Takie symbole Kuby znajdziemy w turystycznych broszurach. Wreszcie, o takiej Kubie piszą w internecie tak zwane blogerki lifestylowe. I w opinii większości, na taką Kubę jest teraz ostatni dzwonek.

W rzeczywistości, to jednak ostatni dzwonek, by zobaczyć kraj, który dotknięty przez reżim i władzę absolutną Fidela Castro, ogarnięty jest nędzą i marazmem. Kraj, który odlicza dni do śmierci władcy absolutnego.

„Świat nie ma pojęcia jak wygląda Kuba” – mówi Raul Rivero, kubański poeta i dziennikarz, w znakomitej książce Macieja Stasińskiego „Diabeł umiera w Hawanie”. Bo zagłębiając historię Kuby i wyściubiając nos poza luksusowy kurort Varadero, jesteśmy w stanie zobaczyć namiastkę skutków rewolucji z lat 1956-1959. A nawet tytułowego diabła…

Nie chcę jednak pisać o historii Kuby i jej sytuacji ekonomicznej, ale o… komunikacji. Dzięki takim osobom jak Raul Rivero, który jest też założycielem pierwszej wolnej agencji Cuba Press, a przede wszystkim dzięki Yoani Sanchez, najsłynniejszej kubańskiej blogerce, dostajemy lekcję szacunku, jakim należy darzyć media, a szczególnie nowe media.

DSC_0759

Bloger czy dziennikarz?

We wrześniu na Blog Forum Gdańsk miała miejsce zażarta dyskusja, czy też panel, pod tytułem „Dziennikarstwo i pisanie 3.0. Misja, rzemiosło, zawód czy…?”. Temat stary i zawsze wzbudzający duże emocje. Czy dziennikarz jest lepszy od blogera, czy bloger jest lepszy od dziennikarza – tak można strywializować tę dyskusję, bo też na tak spłyconej płaszczyźnie przebiegła. Mimo znakomitych gości, którzy wzięli w niej udział.

Dziennikarstwo w formie, o której mowa w panelu, to przywilej nielicznych. Misję dziennikarstwa już dawno temu pokryły słupki sprzedaży, kliki i odsłony. Ambitne tematy z kolei zostały wyparte przez tabloidyzację, a obiektywizm mediów porośnięty jest z jednej strony prawdziwym patriotyzmem, z drugiej, homoseksualnym kapitalizmem.

Dziennikarze i pracownicy mediów patrzą z góry na blogerów, którzy uosabiają w ich oczach kult amatorszczyzny. Blogerzy zaś z politowaniem patrzą na zależnych od zagranicznych koncernów gryzipiórków. Dwa kompletnie inne światy. Czy aby na pewno? Te dwa światy łączy potężny, wspólny mianownik – wolność słowa. Wolność, która zobowiązywać powinna do odpowiedzialności za słowo.

Tak jak różne mamy gatunki dziennikarskie i różne role mediów, tak różna jest też blogosfera. Nie mam nic przeciwko lifestyle’owi, ale faktem jest, że najczęściej taka działalność promuje konsumpcjonizm (tak samo jak kolorowe magazyny!), spłyca rzeczywistość czy wreszcie nie poszerza światopoglądu w ambitny sposób. Obok jednak mamy całe mnóstwo blogów z doskonałymi treściami, czy wręcz blogerów zaangażowanych społecznie. I jedni i drudzy są potrzebni. Jeśli jednak mówimy o podnoszeniu poziomu blogosfery, czy w ogóle o zmianie ról, w której odbiorca zaczyna również być twórcą, to jedna i druga strona powinny być świadome wielkiej odpowiedzialności za treści, które tworzą. Za odbiorcę, na którego wpływają. Za skutki, które niesie ze sobą tworzenie treści. Za przywilej jakim jest bycie twórcą.

DSC_0585

Ruchy społeczne w erze internetu

Wybitny socjolog Manuel Castells od ponad dwudziestu lat zajmuje się społeczeństwem sieci. Jego ostatnia książka „Sieci oburzenia i nadziei” poświęcona jest rewolucjom i ruchom społecznym na świecie, które łączy wykorzystanie nowych środków komunikacji. Castells pokazuje, podobnie jak w swojej poprzedniej publikacji o wymownym tytule „Władza komunikacji”, jak ważną rolę odgrywają dziś nowe media, jeśli społeczeństwo korzysta z nich w mądry sposób. No i oczywiście pod warunkiem, że ma do nich dostęp.

„Współczesne multimodalne, cyfrowe sieci komunikacji poziomej to najszybszy i najbardziej autonomiczny, interaktywny, reprogramowalny i samonapędzający się środek przekazu historii” – pisze Castells we właściwym sobie, ciężko strawnym stylu. Jeśli spojrzymy na historię ruchów społecznych, na „twitterowe rewolucje”, to zobaczymy jak silnym orężem są nowe media. Jak wielki wpływ wywierają na rzeczywistość.

Castells zjawisko to nazywa masową komunikacją zindywidualizowaną. To jednostka tworzy przekaz, ale ma on charakter masowy. Socjolog podkreśla też, że właśnie taki przekaz jest najtrudniejszy do kontrolowania przez rząd.

„Masowa komunikacja zindywidualizowana stanowi platformę technologiczną, pozwalającą skonstruować autonomię aktora społecznego – zarówno jednostki, jak i zbiorowości – w odniesieniu do instytucji społecznych. Dlatego rządy obawiają się internetu, a korporacje oscylują między miłością a nienawiścią do tego medium, usiłując czerpać z niego zyski, a równocześnie ograniczając jego potencjał wolności (na przykład poprzez kontrolowanie procesu dzielenia się plikami lub sieci open source)” – pisze Castells.

Władza komunikacji

Dziś Kuba walczy o wolność słowa, powszechny dostęp do internetu, wreszcie o prawo do własności prywatnej. To, co najbardziej tę walkę spowalnia, to brak niezależnego obiegu informacji i komunikacji społecznej, który jest zmonopolizowany przez dyktaturę.

Temat internetu, wręcz wifi, pojawił się również w czasie wrześniowej wizyty papieża Franciszka na Kubie. Z wielkimi oczami słuchałam przemówienia Raula Castro i papieża, którzy mówili o wifi. Z pozycji blogera, w wygodnym fotelu, dostęp do internetu jest sprawą oczywistą. Śmiem twierdzić, że większość nie pamięta walki o wolność słowa w naszym kraju. Ja nie pamiętam.

Dziś Kuba jest w przededniu kolejnej rewolucji. Jak zauważa Yoani Sanchez, to cyfrowa komunikacja tę rewolucję zapoczątkuje. Już teraz większość Kubańczyków porzuca państwowe źródła informacji. Monopol na informację skończył się. Jak to możliwe w Państwie z tak marnym dostępem do internetu?

DSC_0080

Kotlet z grejpfruta

Mawia się, że „Polak potrafi”. Kiedy sklepowe półki świeciły pustkami, trzeba było sobie jakoś radzić. Podobna sytuacja nadal trwa na Kubie. Armia wydała tam nawet „Podręcznik dla rodzin”, w którym uczyła jak sobie radzić… kiedy nic nie ma. Z powodu braku mięsa na wyspie, latynosi uczyli się na przykład jak zrobić kotlet z grejpfruta. Te i inne sposoby zostały w końcu opisane w książce Ernesto Orozco „Nieposłuszeństwo technologiczne”. Tytuł niczym przepowiednia.

Sprytni Kubańczycy w końcu znaleźli i sposób na to jak mieć internet… bez internetu. Dyktatura straciła monopol informacyjny i kulturalny. „Pakieciki”, czyli drugi obieg informacji, to pliki z filmami, muzyką, informacjami z mediów w Miami, artykułami prasowymi czy kabaretami. Pliki sprzedawane z dysków twardych albo po prostu z pendrive’ów. Jak to możliwe, skoro na 11 mln mieszkańców przypada 800 tys. komputerów? Otóż w każdym kubańskim domu jest… plazma. Może nie być pralki, ale nowoczesny telewizor mają dziś wszyscy. A zatem dostęp do internetu ma 3-5%, ale zasięg wolnego słowa jest znacznie szerszy.

W „pakieciku” dystrybuowana jest również pierwsza niezależna gazeta internetowa „14ymedio”, założona przez Yoani Sanchez. Gazeta opisywała m.in. kulisy tak zwanych wyborów (bo niewiele mają wspólnego z wyborem), które miały miejsce w kwietniu. Ale głos Sanchez znacznie wykracza poza „pakiecik”.

Filolog, blogerka, rzeczniczka i symbol nowego pokolenia Kubańczyków, którzy nie chcą umierać za rewolucję. Od 2008 roku prowadzi bloga Generacion Y. To dzięki niej świat może zobaczyć prawdziwą Kubę. Nie tę z broszury. Samą Sanchez kopnął niezły zaszczyt, bo trafiła na listę największych wrogów Fidela Castro.

generacion Y

W 2002 roku wyemigrowała do Szwajcarii. W Zurychu odkryła komputery i internet. Po dwóch latach wróciła na Kubę. Nagradzana przez New York Time, Time, Newsweek, Washington Post, El Pais, Die Zeit, CNN, Al-Dżazirę, Reporterów bez Granic. Żadnej nagrody nie mogła odebrać. Po 20 odmowach wyjazdu z kraju w 2013 roku wreszcie jedzie w świat, by spotkać się z tymi, którzy głowią się jak bez dostępu do internetu, z zakazem pojawiania się w miejscach gdzie ten internet jest, Yoani cały czas publikuje.

Na tajnej konferencji MSW uznano, że kubańscy blogerzy to „cybernajemnicy i cyberagenci imperializmu”. Yoani wdarła się na konferencję w peruce wykrzykując „Dlaczego wirtualna Kuba musi znosić tę samą cenzurę, tę samą przemoc i piętnowanie osób myślących inaczej niż władza , które znosi Kuba rzeczywista?”.

„Jej jedyną bronią jest ciche słowo, którym mozolnie piłuje kraty” – pisze o Sanchez Stasiński. Bo władza to dzisiaj komunikacja. Zindywidualizowany przekaz, który każdy podłączony do internetu może wypuścić w świat.

I kiedy my dzisiaj dyskutujemy nad tym czy bloger to dziennikarz, to myślę, że przykład Sanchez doskonale pokazuje, że tu nie chodzi o zdefiniowanie roli poprzez narzędzie, ale przez siłę przekazu, którą ma autor. Przez siłę słowa, którą potrafi umiejętnie wykorzystać.

W Indeksie Wolności Prasy, publikowanym przez Reporterów bez Granic ,Polska jest na 18. miejscu. Kuba na 169. Ostatnie, 180. miejsce przypada Erytrei. W naszym świecie najpopularniejsze wideo na YouTube to pies-pająk Wardęgi. Jesteśmy dumni z Sylwestra, ale to pokazuje jaką główną rolę pełni dziś dla nas internet.

Indeks Wolnosci Prasy

Bloger czy dziennikarz?

Wróćmy do tytułu panelu z Blog Forum Gdańsk: „Dziennikarstwo i pisanie 3.0. Misja, rzemiosło, zawód czy…?”. Samo pisanie nie jest dziennikarstwem, ale praca w mediach też nie. I niech to będzie nawet pisanie 4 i 5.0. Powszechny dostęp do internetu daje nam przywilej tworzenia nieskończonej ilości treści. Przykład Yoani Sanchez i walki Kubańczyków o wolność słowa pokazuje, że to w tekstach blogera może być źródło prawdy.

To w komunikacji  jest władza. Wszystko zależy od tego jak świadomie, w jaki sposób i w jakim celu chcemy wykorzystywać przywilej, jakim jest bycie autorem. Z pełną odpowiedzialnością za to, jaki wpływ wywieramy na otaczającą nas rzeczywistość. Z rzetelnością i szacunkiem do odbiorcy.

Bo jeśli piszemy naszym czytelnikom na blogu lifestyle’owym, że są miejsca na Kubie gdzie czas zatrzymał się kilkaset lat temu i jaka to gratka turystyczna, to może warto też dodać, że pierwsze miasta na Kubie powstały około 500 lat temu. To nie Europa. I to rozumiem przez ambitne kształtowanie światopoglądu i umiejętne korzystanie z siły słowa.

DSC_0190 DSC_0180 DSC_0874 DSC_0722

Spodobał Ci się artykuł? Udostępnij go w portalach społecznościowych 🙂
Share on Facebook70Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn31Pin on Pinterest0Share on Google+0Email this to someone

Komentarze

  1. stałyczytelnik mówi: Październik 15, 2015 at 2:37 pm

    W pełni zgadzam się z autorką tekstu. Teraz kiedy mamy tzw. wolność słowa, niestety nie końca umiemy z tej wolności korzystać. Mając swobodny dostęp do internetu również nie w pełni z tego korzystamy. Przestały liczyć się ambitne teksty, reportaże. Dzisiaj lubimy mówić na skróty. Wracając do artykułu o Kubańczykach – my też kiedyś mieliśmy cenzurę. Jednak wówczas bardziej szanowało się piękną polszczyznę, literaturę itd. Kiedyś czytałam artykuł „jakie budowle po nas zostaną”. To samo pytanie można zadać pytając o literaturę i język. Dzisiaj każdy mówi co chce i jak chce, nikt nie odpowiada za rzucane słowa. Dlatego też Kubańczycy tak bardzo szanują niewielką namiastkę internetu, bo po prostu mają go nie wiele. Jak będzie za kilka lat?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *